Początki Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie to czasy, które dzisiejsi inwestorzy, przyzwyczajeni do handlu jednym kliknięciem w aplikacji, mogliby uznać za science-fiction. To był świat zleceń na kolorowych kartkach, notowań na telegazecie, tłumów kłębiących się na korytarzach i historii tak barwnych, jak opowieść o inwestorze odbierającym sygnały od UFO za pomocą antenki w butelce po Coca-Coli. W podróż do tych „szalonych lat 90.” zabiera nas Piotr Kuczyński, analityk i weteran rynku, który był świadkiem narodzin polskiego kapitalizmu.
Giełda w korytarzu, czyli handel w czasach „bez internetu”
Pierwsze sesje giełdowe odbywały się w słynnym „Białym Domu”, czyli dawnej siedzibie KC PZPR. Handel nie przypominał jednak dzisiejszych sterylnych serwerowni. Był to niewielki pokój, a tłum inwestorów kłębił się na korytarzu, wykrzykując zlecenia w stronę jednego maklera siedzącego przy telefonie. Kursy akcji wyświetlały się na telewizorze z włączoną telegazetą.
W tych warunkach rodziły się pierwsze strategie inwestycyjne. Piotr Kuczyński wspomina, jak wraz z kolegami jeździł po punktach obsługi klienta (POK), by podglądać, z jakimi zleceniami ustawia się kolejka. Zlecenia składano na kolorowych kartkach.
„Nie pamiętam, czy różowe były na sprzedaż, a niebieskie na kupno czy odwrotnie. Tego nie pamiętam. Wiem, że jak trzymali niebieskie, to myśmy składali zlecenia na różowe. Jak trzymali różowe, to myśmy składali na niebieskie. Prawie zawsze nam się udawało trafić” – opowiada.
Był to podręcznikowy przykład strategii kontrariańskiej, opartej na prostej zasadzie – jeśli ulica masowo kupuje, należy sprzedawać.
Lekcje, które uczą pokory
Piotr Kuczyński swoją przygodę z giełdą zaczął we wrześniu 1993 roku od zakupu akcji Sokołowa, na których natychmiast stracił 700 zł. Jak sam przyznaje, była to najlepsza możliwa lekcja.
„Radzę ci, żebyś na początek poniósł stratę, bo wtedy zaczniesz myśleć. Jak ja straciłem, to stwierdziłem: «U, to nie jest takie proste». I dopiero zacząłem studiować, uczyć się, czytać” – wspomina.
Analityk przyznaje, że jego największy sukces giełdowy w tamtych czasach był dziełem przypadku i „absolutnej głupoty”. W trakcie wielkiej bessy w 1994 roku, wraz z kolegą wziął spory kredyt i kupił w ofercie pierwotnej akcje Polifarbu Cieszyn. Ich logika była prosta – latem ludzie robią remonty, więc firma z branży farbiarskiej powinna mieć dobre wyniki. Przypadkowo trafili idealnie w dno korekty na rynku, a ich inwestycja przyniosła 120% zysku.
Jednak nie wszystkie historie kończyły się szczęśliwie. Opowiada też o koledze, który grając na kontraktach terminowych, uparcie uśredniał straty, dokładając do pozycji. Skończyło się to utratą całego 150-tysięcznego portfela i długiem w banku. Dwa dni później rynek zawrócił, realizując jego pierwotny scenariusz. To bolesna lekcja, dlaczego uśrednianie strat na lewarowanych instrumentach jest tak niebezpieczne.
Inwestor z antenką, czyli ponadczasowa psychologia rynku
Jedną z najbardziej barwnych anegdot jest historia mężczyzny z niesprawnością umysłową, który odnosił na giełdzie zdumiewające sukcesy.
„Chodził z pustą butelką po Coca-Coli, w którą miał włożoną, zepsutą, złamaną antenkę samochodową i mówił, że przez tą antenkę odbiera sygnały od UFO, sygnały kupna i sprzedaży” – opowiada Kuczyński.
Jak to możliwe, że odnosił sukcesy? Mechanizm był banalnie prosty i stanowi kwintesencję psychologii inwestowania. Gdy się mylił, wszyscy wokół śmiali się z niego, więc on, zawstydzony, natychmiast zamykał pozycję, notując małą stratę. Gdy jednak trafiał w trend, nikt go nie wyśmiewał, a on „trzymał i trzymał”, pozwalając zyskom rosnąć do niebotycznych rozmiarów, na co nie starczyłoby cierpliwości większości graczy.
Od tłumu na korytarzu do ery algorytmów
Piotr Kuczyński przyznaje, że dzisiejszy świat giełdowy, zdominowany przez handel algorytmiczny, komputery kwantowe i sztuczną inteligencję, jest nieporównywalny z realiami lat 90. Mimo to, podstawowe emocje – chciwość i strach – pozostają niezmienne. Inwestorzy wciąż wpadają w te same psychologiczne pułapki.
Jaka jest jego rada dla dzisiejszych graczy?
„Starać się zachować jakiś modus operandi, jakiś sposób działania. (…) Jakiś system i starać się go za wszelką cenę realizować, nie ulegając temu, że spadło 10%, a stop-loss był na -3%, ale odbije na pewno. Nie ulegać takim podszeptom, swoim własnym podszeptom, bo to może się źle skończyć” – podsumowuje.
CAŁA ROZMOWA DOSTĘPNA NA NASZYM KANALE YouTube @ZYSKOWNASTRONA











