Filip Duszczyk spędził blisko 14 lat na parkietach giełd w Chicago – był asystentem, animatorem rynku, traderem na własny rachunek i maklerem, a po powrocie do Polski związał się z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. W rozmowie z Sebastianem Dubinieckim, prowadzącym podcast Zyskowna Strona, opowiada, jak naprawdę wyglądał parkiet giełdy w Chicago w czasach handlu w pitach: od sygnałów ręcznych i papierowych kwitów, przez 11 września i upadek Lehman Brothers, po lekcje zarządzania ryzykiem, które kosztowały go dziesiątki tysięcy dolarów.
Artykuł przedstawia opinie gościa podcastu. Nie jest rekomendacją inwestycyjną.
Jak wyglądał pierwszy dzień na parkiecie w Chicago?
Filip Duszczyk trafił na parkiet pod koniec sierpnia 1998 roku, w samym środku rynkowej paniki po kryzysie w Rosji. Miał 23 lata i był świeżo po studiach. Pamięta przejście korytarzem pod trybunami, gdzie stały biurka maklerskie, stłumiony hałas i nagle ogromną salę pełną pitów – wydzielonych, schodkowych stanowisk, w których traderzy handlowali danym instrumentem na zasadzie otwartego wołania (open outcry).
Wszyscy krzyczeli, machali rękami i to był po prostu jeden wielki chaos. Nie wiedziałem, gdzie jestem.
Przez pierwszy tydzień usłyszał głównie: stój, nie przeszkadzaj, patrz i ucz się. Samodzielny handel zaczął dopiero w styczniu 2000 roku – wcześniej był tzw. klerkiem, czyli asystentem. Najpierw odpowiadał za komunikację przez słuchawki z zespołami w innych pitach – firma zarządzała globalną pozycją w opcjach na indeksy S&P na CME i CBOE, co pozwalało m.in. na arbitraż.
Aby handlować w picie, trzeba było zdać egzamin, zarejestrować się w NFA (National Futures Association, samorządowy regulator rynku futures w USA) i kupić lub wynająć miejsce na giełdzie, tzw. seat. Gość szacuje, że najem na CME kosztował wtedy ok. 1500 dolarów miesięcznie, a zakup ok. 200 tys. dolarów.
Dlaczego firmy traderskie szukały futbolistów i zapaśników?
Duszczyk studiował ekonomię, a na parkiet trafił dzięki uczelnianemu programowi rekrutacyjnemu. Firmy traderskie szukały zawodników sportów kontaktowych: zapaśników, lekkoatletów i przede wszystkim futbolistów amerykańskich, a on sam na studiach grał w futbol.
- Praca zespołowa: futbol to typowa gra zespołowa, a animator działał w drużynie zarządzającej wspólnym ryzykiem.
- Postura: im większy trader, tym lepiej był widoczny w picie i łatwiej przepychał się łokciami do maklera po drugiej stronie.
- Wytrzymałość: cały dzień na nogach, w ścisku, często bez przerwy na lunch i z ograniczonym piciem wody, żeby nie tracić czasu na toaletę.
Po końcowym dzwonku człowiek siadał i po prostu nie mógł wstać. Cała adrenalina z ciebie schodziła i wszystko bolało.
Gość wspomina też zarobki: w 1998 roku asystent dostawał ok. 30 tys. dolarów rocznie plus premię podobnej wysokości, a animator około 2000–2001 roku ok. 50 tys. dolarów podstawy i premię, która potrafiła być dwa–trzy razy wyższa. Duszczyk uważa, że trader w firmie powinien mieć stałą podstawę wynagrodzenia.
Jak działał język migowy giełdy i papierowe kwity?
Podstawą komunikacji w picie były sygnały ręczne. Dłonie zwrócone do siebie oznaczały kupno, na zewnątrz – sprzedaż. Cyfry pokazywało się palcami, dziesiątki przy głowie, a pięść oznaczała 100. Nie podawało się pełnej ceny: jeśli kurs wynosił 101,5, wołało się po prostu „pół”, bo wszyscy wiedzieli, że chodzi o 101.
- Nauka: sam język jest prosty, trudne jest błyskawiczne odczytywanie szybkiej gestykulacji – jak w obcym języku, trzeba przestać tłumaczyć w głowie.
- Kodowanie firm: duzi gracze mieli własne znaki, np. Goldman Sachs pokazywano „obrączką”, a osobny znak miał Timber Hill, duży animator rynku.
- Tajne komunikaty: zapisywano na kartkach, które przekazywał asystent albo… rzucano je przez pit.
Każda transakcja trafiała na kartonowy kwit z akronimem tradera, akronimem i numerem izby rozliczeniowej drugiej strony, ceną i literą oznaczającą 15-minutowy przedział czasu (tzw. time bracket). Rano porównywało się wydruk izby rozliczeniowej z własnymi zapisami i wyjaśniało rozbieżności z drugą stroną. Ceny opcji animatorzy mieli najpierw na zszytych kartkach formatu A3, a około 2004 roku dostali tablety. Przy strategiach typu motyl czy kondor, złożonych z czterech opcji, trzeba było w głowie sumować ceny i delty (wrażliwość ceny opcji na zmianę ceny instrumentu bazowego).
Jak na parkiecie przeżyto 11 września i upadek Lehman Brothers?
Rano 11 września 2001 roku gość był w biurze, gdy telewizja pokazywała płonącą wieżę World Trade Center. Po uderzeniu w drugą wieżę kontrakty spadły do limitu, sesji nie otwarto, a traderzy uciekali z centrum Chicago. Giełdy pozostały zamknięte do końca tygodnia. Po wznowieniu handlu firma, w której pracował, sprzedawała zmienność po bardzo wysokich poziomach i – jak wspomina – zarobiła kilka milionów dolarów.
Kryzys 2008 roku przeżył już jako makler przy barierce i przy biurku, gdzie odbierał jednocześnie trzy telefony od klientów. Najpierw upadł Bear Stearns, potem Lehman Brothers, a S&P 500 od szczytu do dołka stracił ponad połowę wartości. Pamięta też flash crash z maja 2010 roku, gdy w picie nikt nie składał zleceń, bo nikt nie rozumiał, co się dzieje.
Osobnym rozdziałem jest MF Global, dla którego pracował jako broker. Firma upadła w 2011 roku po wielomiliardowych zakładach na obligacje zadłużonych krajów strefy euro, a na rachunkach klientów zabrakło ok. 1,6 mld dolarów. Przez MF Global rozliczała się większość klientów jego zespołu, pozycje zostały zamrożone i trzeba było zmienić brokera.
Czego uczy krwawiąca pozycja? Zarządzanie ryzykiem w praktyce
Epizod handlu na własny rachunek na futures trwał ok. dwóch lat i – jak przyznaje gość – kosztował go w sumie ok. 50 tys. dolarów. Popełniał klasyczny błąd: stratne pozycje przeciągał do 1000–1500 dolarów, a zyskowne zamykał przy 200–500 dolarach. Na parkiecie mówiło się, że stratna pozycja „krwawi”.
Tracisz, wykrwawiasz się, robi ci się niedobrze. W momencie, kiedy zamykasz pozycję, nagle wszystko jest okej. Koniec krwawienia, mogę przejść do następnego trade’u.
Wniosek: z każdej transakcji trzeba mieć ustalony punkt wyjścia – stop loss albo mentalny „próg bólu” liczony jako procent wartości pozycji lub portfela – i bezwzględnie go przestrzegać. Ta lekcja się opłaciła, gdy jako makler zrealizował zlecenie sprzedaży 100 putów na S&P z warunkiem ceny futures, a klient odmówił przyjęcia transakcji, bo w międzyczasie kontrakt spadł poniżej limitu. Duszczyk natychmiast odkupił opcje ze stratą ok. 25 tys. dolarów. Jego zdaniem kilka minut zwłoki mogło oznaczać stratę rzędu miliona i zagrozić firmie.
Czy dziś indywidualny trader ma łatwiej niż w czasach pitów?
Zdaniem Duszczyka tak. Dzisiejszy rynek jest bardziej przejrzysty i efektywny dla klienta detalicznego. W latach 90. zlecenie składało się telefonicznie u brokera, który potrafił wziąć za nie 125 dolarów, dostępu do danych w czasie rzeczywistym praktycznie nie było, a futures handlowali głównie rolnicy zabezpieczający plony. Dziś inwestor siedzący w domu ma dostęp do każdego rynku, pełnego arkusza zleceń i niskich prowizji.
| Obszar | Czasy pitów | Dziś |
| Dostęp do rynku | członkostwo, egzamin, wynajem miejsca | rachunek na platformie |
| Koszt zlecenia detalicznego | nawet 125 dolarów u brokera | niskie prowizje |
| Dane rynkowe | brak danych w czasie rzeczywistym | kilkanaście dolarów miesięcznie |
| Duże zlecenia | negocjowane po jednej cenie | dzielone na części w arkuszu |
Gość zauważa jednak, że w pitach duże zlecenie można było zrealizować po jednej cenie, a w arkuszu elektronicznym trzeba je dzielić, bo inni gracze natychmiast ustawiają się przed nim. Indywidualny trader nie wygra z algorytmami na latencji (czasie reakcji systemu) – powinien grać kierunkowo, w oparciu o analizę fundamentalną i techniczną. Sam korzystał z analizy technicznej, ale uważa, że handel wyłącznie z wykresu może zgubić.
Widząc przejście na elektronikę, gość uznał w 2012 roku, że zawód nie ma przyszłości. Wrócił do Polski, zrobił MBA w SGH i zatrudnił się na warszawskiej giełdzie.
Podsumowanie
- Filip Duszczyk spędził blisko 14 lat na parkietach w Chicago jako asystent, animator, trader i makler.
- Firmy traderskie rekrutowały sportowców, bo praca w picie wymagała siły, wytrzymałości i gry zespołowej.
- Komunikacja opierała się na sygnałach ręcznych i papierowych kwitach rozliczanych każdego ranka z izbą rozliczeniową.
- Najważniejsza lekcja gościa: z każdej pozycji trzeba mieć ustalony punkt wyjścia i szybko ucinać straty.
- Jego zdaniem dzisiejszy rynek jest dla inwestora indywidualnego bardziej przejrzysty i tańszy niż w czasach pitów.
Najczęściej zadawane pytania
Kim jest Filip Duszczyk?
To były trader, animator rynku opcji i makler, który w latach 1998–2012 pracował na parkietach giełd w Chicago. Po powrocie do Polski ukończył MBA w SGH i pracował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.
Czym był pit na giełdzie w Chicago?
Pit to wydzielone, schodkowe stanowisko na parkiecie, w którym traderzy handlowali danym instrumentem metodą otwartego wołania, krzykiem i sygnałami ręcznymi.
Dlaczego na parkiet przyjmowano sportowców?
Bo praca w picie była wyczerpująca fizycznie i zespołowa, a większy trader był lepiej widoczny i łatwiej przebijał się przez tłum.
Czy dziś łatwiej handlować niż w czasach pitów?
Zdaniem Filipa Duszczyka tak – inwestor indywidualny ma dziś dostęp do każdego rynku, danych w czasie rzeczywistym i niskich prowizji.
Czytaj też
- Papier milimetrowy i różowe zlecenia – tak wyglądała giełda w latach 90.
- Szalone lata 90. na GPW: zlecenia na kartkach i giełda w siedzibie partii
- Za kulisami wielkiego Forexu: jak zostać dealerem walutowym?
- Jak dostać kapitał na trading? Nowy prop trading w Polsce
- Od „Wall Street” po „Big Short”: Ostateczny Przewodnik po Filmach i Serialach o Giełdzie i Finansach
Zobacz całą rozmowę na kanale YouTube @ZYSKOWNASTRONA:
Nagrano w studiu podcastowym Everstream w Warszawie.
















